Choróbska ciąg dalszy...
myślałam, że do tego czasu już dawno zapomnimy, a jednak...ciągnie się i ciągnie.
Było kilka dni, że lżej i lepiej się oddychało, ale znów wróciło.
Poratowałam się FRIDĄ i ściągamy katar, polepszyło się...i już byłam w pełni szczęśliwości - a tu zaatakowało coś znów. Mały od rana snuje się i smuci...ucho chowa - BOLI.
Ratunku!!!!!!!!!
Polecieliśmy do przychodni, gdzie dyżur miała pediatra, stwierdziła, że podać kropelki do nosa i do ucha (ucho boli od katarku)...i antybiotyk też nam dała.
Choć w sumie nie wiem po co, ok...nie jestem mega przeciwniczką antybiotyków, ale wcale też nie jestem zwolenniczką na podawanie ich gdy dziecko już jest w stanie dużo lepszym niż było (a bez antybiotyków się jakoś obyło). Stwierdziłam, że to przemyślę i skonsultuję jednak z naszą pediatrą czy trzeba podać antybiotyk, ona nie lubi antybiotyków, woli inne sposoby - inhalacje, inhalacje i inhalacje + czyszczenie nosa.
Martwi mnie tendencja wśród lekarzy, że nie próbują pomagać dzieciom, dorosłym...tylko pakują od razu w antybiotyki.
Jestem sama tego przykładem, od najmłodszych lat faszerowana antybiotykami - bo lekarz tak kazał, bo tak być powinno.
Mając lat kilkanaście infekcji miałam chyba po 2 na miesiąc...i antybiotyk, antybiotyk - a nie każdy nawet pomagał.
Dopiero po jakimś czasie się zawzięłam (ok, kłamać nie będę...gdybym nie zaszła w ciążę to pewnie bym w tym tkwiła dalej) - gdy pomyślałam o dziecku, zakupiłam inhalator i jakimś sposobem każde przeziębienie leczyłam inhalacjami...i wychodziłam z tego bez szwanku. O rety, da się? da się!
Polecam na przyszłość - zaopatrzyć się w inhalator, sól fizjologiczną...i inhalować ile sił, albo ile pieniędzy starczy na prąd i sól fizjologiczną ;).
Nasz inhalator (w sumie nawet nie wiem czy jeszcze jest dostępny na rynku):
niedziela, 3 listopada 2013
sobota, 2 listopada 2013
Willkommen in Berlin
Berlin...to miasto, które jest tak blisko nas - a jednak tak daleko, dlaczego? bo nigdy tam nie byłam (jedynie na lotnisku, ale to się nie liczy przecież).
W końcu za namową uznałam, że to istny wstyd nie odwiedzić tak pięknego miasta, które jest rzut beretem od nas - a więc...pojechaliśmy.
Jakiś czas temu wybraliśmy się na szybką wycieczkę po Berlinie.
Szybką...bo tylko weekendową, ale za to bardzo interesującą i niezwykle intensywną (w kilometrach licząc bardzo).
Dotarliśmy do wielu miejsc, kilka mnie zaintrygowało. Poczułam tę wenę...podróżnika, bo podróże uwielbiam!
I co tam tak ciekawego, co mnie zainteresowało? chyba wszystko...a w szczególności pąąąąąąąąąąąączki, zoo, dogodności dla wózków (nie tylko dziecięcych ale i inwalidzkich) i uprzejmość Berlińczyków.
Berlin jest cudownym miastem, które jest tak ogromne, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, jest miastem, które posiada cudowną komunikację (jak niezwykle się przedostać z jednego miejsca w drugie bez wysiłku czy też samochodu).
Tak wielkie miasto...a można poruszać się po nim tramwajem, pociągiem czy też rowerem...nie trzeba autem? niemożliwe...a jednak wykonalne. Brawo...chciałabym u nas tak.
Co zaplanowałam...wizytę w ZOO - cudowna! Cztery godziny ponad łażenia i nie zobaczyliśmy wszystkiego (jeszcze pędem jaguara z dzieciem w wózku).
Cóż - z czystym sumienie mogę polecić (choć atrakcje w Berlinie w przeliczeniu na PLN nie będą nas zachwycać) - warto zabrać tam dziecko, szczególnie takie, które nigdy nie było w ZOO...a nawet! takie, które było, bo żadne ZOO w Polsce nie spodobało mi się tak bardzo jak to w Berlinie. Szczególnie spodobało nam się mini zoo dla dzieci - gdzie można było nakarmić kozy i owce i zagłaskać je (biedne przejedzone już były).
Kolejną atrakcją był LEGOLAND, jak tu odmówić młodemu osobnikowi takiej atrakcji (oczywiście to tylko ściema, rodzice bawili się lepiej niż dziecko).
W LEGOLANDZIE myślę...że za drogo jest to wszystko, choć klocki w sklepiku są w dobrych cenach (takich standardowych) to jednak sam wstęp jest sporym wydatkiem. Dzieci do lat 3 mają wstęp wolny.
Atrakcje są...tylko czy za niższą cenę nie byłoby ich? wiem, że zakupując bilet przez internet jest taniej (i chyba nie stoi się w kilometrowej kolejce - bo w weekendy jest spora).
Reszta atrakcji...to PIZZA HUT - gdzie byłam zaskoczona, bo dla dziecka podali osobne menu oraz kredki i malowankę - co było dla nas ratunkiem, bo Synek zajął się tym na dłuższy czas.
oraz masa zabytków i spacerów pośród pięknych parków...i odwiedzanie pobliskich sklepów,
niesamowicie spodobały mi się pączki DUNKIN' DONUTS - które choć smakowo są dość sztuczne...to wyglądem potrafią rozczulić moje oczy.
Berlin jest piękny, czasem myślę...czy mogłabym tam zamieszkać?
W końcu za namową uznałam, że to istny wstyd nie odwiedzić tak pięknego miasta, które jest rzut beretem od nas - a więc...pojechaliśmy.
Jakiś czas temu wybraliśmy się na szybką wycieczkę po Berlinie.
Szybką...bo tylko weekendową, ale za to bardzo interesującą i niezwykle intensywną (w kilometrach licząc bardzo).
Dotarliśmy do wielu miejsc, kilka mnie zaintrygowało. Poczułam tę wenę...podróżnika, bo podróże uwielbiam!
I co tam tak ciekawego, co mnie zainteresowało? chyba wszystko...a w szczególności pąąąąąąąąąąąączki, zoo, dogodności dla wózków (nie tylko dziecięcych ale i inwalidzkich) i uprzejmość Berlińczyków.
Berlin jest cudownym miastem, które jest tak ogromne, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, jest miastem, które posiada cudowną komunikację (jak niezwykle się przedostać z jednego miejsca w drugie bez wysiłku czy też samochodu).
Tak wielkie miasto...a można poruszać się po nim tramwajem, pociągiem czy też rowerem...nie trzeba autem? niemożliwe...a jednak wykonalne. Brawo...chciałabym u nas tak.
Co zaplanowałam...wizytę w ZOO - cudowna! Cztery godziny ponad łażenia i nie zobaczyliśmy wszystkiego (jeszcze pędem jaguara z dzieciem w wózku).
Cóż - z czystym sumienie mogę polecić (choć atrakcje w Berlinie w przeliczeniu na PLN nie będą nas zachwycać) - warto zabrać tam dziecko, szczególnie takie, które nigdy nie było w ZOO...a nawet! takie, które było, bo żadne ZOO w Polsce nie spodobało mi się tak bardzo jak to w Berlinie. Szczególnie spodobało nam się mini zoo dla dzieci - gdzie można było nakarmić kozy i owce i zagłaskać je (biedne przejedzone już były).
Kolejną atrakcją był LEGOLAND, jak tu odmówić młodemu osobnikowi takiej atrakcji (oczywiście to tylko ściema, rodzice bawili się lepiej niż dziecko).
W LEGOLANDZIE myślę...że za drogo jest to wszystko, choć klocki w sklepiku są w dobrych cenach (takich standardowych) to jednak sam wstęp jest sporym wydatkiem. Dzieci do lat 3 mają wstęp wolny.
Atrakcje są...tylko czy za niższą cenę nie byłoby ich? wiem, że zakupując bilet przez internet jest taniej (i chyba nie stoi się w kilometrowej kolejce - bo w weekendy jest spora).
Reszta atrakcji...to PIZZA HUT - gdzie byłam zaskoczona, bo dla dziecka podali osobne menu oraz kredki i malowankę - co było dla nas ratunkiem, bo Synek zajął się tym na dłuższy czas.
oraz masa zabytków i spacerów pośród pięknych parków...i odwiedzanie pobliskich sklepów,
niesamowicie spodobały mi się pączki DUNKIN' DONUTS - które choć smakowo są dość sztuczne...to wyglądem potrafią rozczulić moje oczy.
Berlin jest piękny, czasem myślę...czy mogłabym tam zamieszkać?
poniedziałek, 7 października 2013
Pożegnania nadszedł czas
Gdy kupiłam Phil&Teds Verve obiecałam Tacie Grzesia, że to już ostatni wózek w naszej karierze rodzicielskiej - przynajmniej na czas dorastania naszego syna...a potem się pomyśli o innych opcjach.
Jednak rozważając opcję P&T Verve a Vibe oczywiście zwyciężyła ilość kół - jako przeciwniczka 3 kół, bo nigdy do nich nie potrafiłam się przekonać, mimo, że nie posiadałam takowego wózka.
Verve okazał się wózkiem bardzo przyjemnym, eleganckim - dostojnym wręcz. Jeździ jak czołg (nie, nie jeździ mi się nim źle ani topornie) - omija wszelkie przeszkody, żaden krawężnik czy nierówność nie jest mu straszna. Ukochany...radził sobie nawet na sporych śniegach. A synek spał w nim jak ululany przy mamie.
Jednak wszystko kiedyś się kończy, dziecię urosło...a P&T Verve okazał się trochę gorszy w kwestii siedziska - wobec swojego brata Vibe. Mianowicie Vibe ma głębsze siedzisko a Verve ciut płytsze.
Myślałam, że nie będzie to przeszkodą, jednak dla dziecka, które ma 2 lata i 8 miesięcy i niebawem będzie wbijać się w kombinezon lub śpiworek, a co gorsza jest trochę bardziej wyrośnięty niż rówieśnicy - głębokość MA OGROMNE ZNACZENIE. Co gorsza...matka wielbi wkładkę z wełny owczej, z którą wózek staje się być płytszym - ubolewam!
Wielka szkoda...bardzo wielka. Pomimo tego, że ma jedną jedyną wadę (która jest oczywiście jedynie wadą dla mnie...bo ja po prostu lubię marudzić, a Grzesiu uwielbia się rozpychać w wózku) to go uwielbiam. Chyba każdy mój wózek, który posiadaliśmy uwielbiałam - taka już jestem. Dumam tygodniami jaki wózek chciałabym mieć, a później nie mam problemu z jego wadami jak i zaletami...które na szczęście zawsze górują.
Do dzieła...
Phil&Teds Verve, to wózek dla jednego....bądź dwójki dzieci. I dla jednego i dla dwójki się sprawdza bez zarzutu. Wspomniałam już o jego charakterze tarana ... który wszystko pokonuje. O tak...uwielbiam to. Co jeszcze uwielbiam? Jego czarny piękny kolor a przede wszystkim - czarne ogromne koła. Budka - to już dla mnie cud nad cuda :) nie tylko ja ją polubiłam ale i synek (który nigdy budek nie wielbił). Nawet gdy padał deszcz czy śnieg budka pozwalała schronić się małemu przed nim.
A mi - wózek pozwalał schronić wiele rzeczy...w pojemnym koszu na zakupy :). I like it!
Zalet a zalet tego wózka jak dla mnie...cała masa, jest też bardzo kompaktowy, ponieważ do bagażnika mieści się i zostawia sporo miejsca (ale to głównie kwestia pojemności bagażnika...bo wiadomo, że do małego nic się nie zmieści a my spory posiadamy). Utrzymanie czystości tego wózka też nie jest problemem, łatwo czyści się - a ja brudu nie zdzierżę.
Koła pięknie skrętne, nie widzę problemu by w miejscu manewrować nim.
Co ja mogę...chyba będę tęsknić...bo wózek sprzedać muszę. Mimo wszystko, polecam...wart swojej ceny.
Ps. hamulec w rączce na początku mnie irytował, po miesiącu dopiero go doceniłam :) jest bardzo przydatny i wygodny!
Ps2. minusem jest to, że ma niegłębokie siedzisko i przy dużej ilości zakupów przeciera się kosz zakupowy ;)...the end.
a oto i mój przystojniak:
Jednak rozważając opcję P&T Verve a Vibe oczywiście zwyciężyła ilość kół - jako przeciwniczka 3 kół, bo nigdy do nich nie potrafiłam się przekonać, mimo, że nie posiadałam takowego wózka.
Verve okazał się wózkiem bardzo przyjemnym, eleganckim - dostojnym wręcz. Jeździ jak czołg (nie, nie jeździ mi się nim źle ani topornie) - omija wszelkie przeszkody, żaden krawężnik czy nierówność nie jest mu straszna. Ukochany...radził sobie nawet na sporych śniegach. A synek spał w nim jak ululany przy mamie.
Jednak wszystko kiedyś się kończy, dziecię urosło...a P&T Verve okazał się trochę gorszy w kwestii siedziska - wobec swojego brata Vibe. Mianowicie Vibe ma głębsze siedzisko a Verve ciut płytsze.
Myślałam, że nie będzie to przeszkodą, jednak dla dziecka, które ma 2 lata i 8 miesięcy i niebawem będzie wbijać się w kombinezon lub śpiworek, a co gorsza jest trochę bardziej wyrośnięty niż rówieśnicy - głębokość MA OGROMNE ZNACZENIE. Co gorsza...matka wielbi wkładkę z wełny owczej, z którą wózek staje się być płytszym - ubolewam!
Wielka szkoda...bardzo wielka. Pomimo tego, że ma jedną jedyną wadę (która jest oczywiście jedynie wadą dla mnie...bo ja po prostu lubię marudzić, a Grzesiu uwielbia się rozpychać w wózku) to go uwielbiam. Chyba każdy mój wózek, który posiadaliśmy uwielbiałam - taka już jestem. Dumam tygodniami jaki wózek chciałabym mieć, a później nie mam problemu z jego wadami jak i zaletami...które na szczęście zawsze górują.
Do dzieła...
Phil&Teds Verve, to wózek dla jednego....bądź dwójki dzieci. I dla jednego i dla dwójki się sprawdza bez zarzutu. Wspomniałam już o jego charakterze tarana ... który wszystko pokonuje. O tak...uwielbiam to. Co jeszcze uwielbiam? Jego czarny piękny kolor a przede wszystkim - czarne ogromne koła. Budka - to już dla mnie cud nad cuda :) nie tylko ja ją polubiłam ale i synek (który nigdy budek nie wielbił). Nawet gdy padał deszcz czy śnieg budka pozwalała schronić się małemu przed nim.
A mi - wózek pozwalał schronić wiele rzeczy...w pojemnym koszu na zakupy :). I like it!
Zalet a zalet tego wózka jak dla mnie...cała masa, jest też bardzo kompaktowy, ponieważ do bagażnika mieści się i zostawia sporo miejsca (ale to głównie kwestia pojemności bagażnika...bo wiadomo, że do małego nic się nie zmieści a my spory posiadamy). Utrzymanie czystości tego wózka też nie jest problemem, łatwo czyści się - a ja brudu nie zdzierżę.
Koła pięknie skrętne, nie widzę problemu by w miejscu manewrować nim.
Co ja mogę...chyba będę tęsknić...bo wózek sprzedać muszę. Mimo wszystko, polecam...wart swojej ceny.
Ps. hamulec w rączce na początku mnie irytował, po miesiącu dopiero go doceniłam :) jest bardzo przydatny i wygodny!
Ps2. minusem jest to, że ma niegłębokie siedzisko i przy dużej ilości zakupów przeciera się kosz zakupowy ;)...the end.
a oto i mój przystojniak:
Zaszyta
Zaszyłam się w kąciku swojego mieszkania, szyjąc...
i tak uszyłam kilka ubranek, bardzo podoba mi się to.
Jednak chyba zaszyłam się doszczętnie bo zapomniałam o szarej rzeczywistości!
Od września Grześ chodzi do przedszkola. Na początku miałam obawy, chyba jak każda mama.
Wszystko cudownie wyglądało, zabawy, mama miała chwilę oddechu...choć ledwo dziecko zaprowadziła i już musiała lecieć odebrać, ale satysfakcja, że ma kontakt z innymi dziećmi i ma możliwość pobawić się z nimi była jednak nie do pokonania.
Choć pięknie było tak szybko jak się zaczęło to i skończyło. I jak zwykle bywa...dziecko idzie do przedszkola to choruje. Ja...matka nieprzyzwyczajona do chorób własnego dziecka obawiająca się każdego kichnięcia, musiałam w końcu trafić na to....apsik!
Rozchorowało się dziecko na dobre, a ja za nim...i tak ciągniemy nosami od 2 tygodni.
Jako, że tonący brzytwy się chwyta, zaczęłam kombinować i ratować nas od nudy. Spacery, spacery...zabawa samochodzikami, a po kilku dniach ja już tych samochodzików miałam serdecznie dosyć.
Chyba barbie też bym nie zdzierżyła, więc chciałam dziecko edukować, ale ono jakoś oporne.
Od rodziny nasłuchałam, że antybiotyk zapodać, ale po co...jak nie trzeba. Toteż udałam się do znachora...zwanego lekarzem rodzinnym. Dostaliśmy kilka leków i siedzimy.
I co tu robić? dumamy...
Znalazłam...MEMO DŹWIEKOWE - do roboty, jako, że teraz na topie w naszym przedziale wiekowym jest podarunek zwany "kinder niespodzianką" to uzbieraliśmy kilka pojemniczków. Powsypywałam różnych różności, które miałam pod ręką (nie ukrywam...improwizowałam. Pieniążki, ryż, gorczyca...sól i nawet sucharków dwa.
Pomysł zaliczony do udanych, bawimy się!
I jakże pięknie się bawiliśmy, dopóki Grześ nie dostrzegł w przychodni - dziewczynkę z P-O-C-I-Ą-G-I-E-M.
Całą drogę jojczył o ciuchci...małej ciuchci. A, że spraw kilka było do załatwienia to jojczył tak 2 godziny...
Wróciliśmy do domu, to spotęgował swoje jojczenie...moje uszy wzywały o pomoc.
Eureka! znalazłam...ciuchcia, którą dostał na święta i potem kompletowaliśmy gadżety do niej - jest...na szafie.
Wypakowaliśmy w 5 minut, dziecka nie ma...zabawy nie ma końca. Nie ukrywam, też uwielbiam bawić się kolejką!!!
Zabawa wzywa, więc zmykam!
i tak uszyłam kilka ubranek, bardzo podoba mi się to.
Jednak chyba zaszyłam się doszczętnie bo zapomniałam o szarej rzeczywistości!
Od września Grześ chodzi do przedszkola. Na początku miałam obawy, chyba jak każda mama.
Wszystko cudownie wyglądało, zabawy, mama miała chwilę oddechu...choć ledwo dziecko zaprowadziła i już musiała lecieć odebrać, ale satysfakcja, że ma kontakt z innymi dziećmi i ma możliwość pobawić się z nimi była jednak nie do pokonania.
Choć pięknie było tak szybko jak się zaczęło to i skończyło. I jak zwykle bywa...dziecko idzie do przedszkola to choruje. Ja...matka nieprzyzwyczajona do chorób własnego dziecka obawiająca się każdego kichnięcia, musiałam w końcu trafić na to....apsik!
Rozchorowało się dziecko na dobre, a ja za nim...i tak ciągniemy nosami od 2 tygodni.
Jako, że tonący brzytwy się chwyta, zaczęłam kombinować i ratować nas od nudy. Spacery, spacery...zabawa samochodzikami, a po kilku dniach ja już tych samochodzików miałam serdecznie dosyć.
Chyba barbie też bym nie zdzierżyła, więc chciałam dziecko edukować, ale ono jakoś oporne.
Od rodziny nasłuchałam, że antybiotyk zapodać, ale po co...jak nie trzeba. Toteż udałam się do znachora...zwanego lekarzem rodzinnym. Dostaliśmy kilka leków i siedzimy.
I co tu robić? dumamy...
Znalazłam...MEMO DŹWIEKOWE - do roboty, jako, że teraz na topie w naszym przedziale wiekowym jest podarunek zwany "kinder niespodzianką" to uzbieraliśmy kilka pojemniczków. Powsypywałam różnych różności, które miałam pod ręką (nie ukrywam...improwizowałam. Pieniążki, ryż, gorczyca...sól i nawet sucharków dwa.
Pomysł zaliczony do udanych, bawimy się!
I jakże pięknie się bawiliśmy, dopóki Grześ nie dostrzegł w przychodni - dziewczynkę z P-O-C-I-Ą-G-I-E-M.
Całą drogę jojczył o ciuchci...małej ciuchci. A, że spraw kilka było do załatwienia to jojczył tak 2 godziny...
Wróciliśmy do domu, to spotęgował swoje jojczenie...moje uszy wzywały o pomoc.
Eureka! znalazłam...ciuchcia, którą dostał na święta i potem kompletowaliśmy gadżety do niej - jest...na szafie.
Wypakowaliśmy w 5 minut, dziecka nie ma...zabawy nie ma końca. Nie ukrywam, też uwielbiam bawić się kolejką!!!
Zabawa wzywa, więc zmykam!
czwartek, 15 sierpnia 2013
Wierszyk...
Siedziałam i dumałam nad czymś - co pozwoliłoby mi określić,
jak się zmagamy z prostym dniem - naszym dniem.
Co się w nim dzieje, co robimy...
Czy pokazać zdjęcie? Czy napisać list? Jak się czujemy w tej roli codzienności...
Napisałam więc "wierszyk", chyba oddaje to z czym mamy do czynienia i pokazuje - dlaczego tak jest, po co.
Trudności codzienne już znamy,
Bo dziecko do snu właśnie utulamy.
Dziecko choć instrukcji nie posiada,
Łatwiejsze jest w obsłudze niż przyjezdna parada.
Choć zmagań mamy bardzo wiele,
Znają je z opowiadań nasi przyjaciele.
Nasz syn biega tu i tam,
Na rynku zna każdy kram.
Spacery odbywamy bardzo szybko,
Bo prędki jest jakby był w wodzie wyścigową rybką.
I nawet żółwie tempo Mamy,
Nie zwalnia jego rowerowej ramy.
I lody wędrują na tapicerce,
Bo dziecię twierdzi, że życie jest śmietankowe wielce.
Gdzieś znowu bluzka w rosole,
Bo chciałby nakarmić narysowaną na niej "Jolę".
Już nie wspomnę o kołtunach w mych włosach,
Bo podobno dodają uroku niczym na trawie poranna rosa.
Ach! Czymże byłoby nasze proste życie?
Powiedzcie, proszę mi rodzice.
Niczym! Bo bez tego biegania,
Nie byłoby hałasowania.
Nie byłoby siniaków wielu,
Co uczą, że trzeba polegać na przyjacielu.
I nie byłoby tych łez krokodylich,
Co zapisują się w naszej życiowej chwili.
Nie spotkalibyśmy też zająca w trawie,
Co fika i nerwowo kwiatki dziabie.
Nie znaleźlibyśmy też wolnej minuty,
By prostować w zepsutej zabawce druty.
Nie byłoby nas moi mili,
Gdyż chcemy by dzieci "mamo i tato" do NAS mówili.
Nasze życie - nie wyobrażam sobie życia bez naszego Syna, codziennie budzi się rano i obdarowuje mnie uśmiechem. Szalenie szczerym, cudownym...naturalnym!
jak się zmagamy z prostym dniem - naszym dniem.
Co się w nim dzieje, co robimy...
Czy pokazać zdjęcie? Czy napisać list? Jak się czujemy w tej roli codzienności...
Napisałam więc "wierszyk", chyba oddaje to z czym mamy do czynienia i pokazuje - dlaczego tak jest, po co.
Trudności codzienne już znamy,
Bo dziecko do snu właśnie utulamy.
Dziecko choć instrukcji nie posiada,
Łatwiejsze jest w obsłudze niż przyjezdna parada.
Choć zmagań mamy bardzo wiele,
Znają je z opowiadań nasi przyjaciele.
Nasz syn biega tu i tam,
Na rynku zna każdy kram.
Spacery odbywamy bardzo szybko,
Bo prędki jest jakby był w wodzie wyścigową rybką.
I nawet żółwie tempo Mamy,
Nie zwalnia jego rowerowej ramy.
I lody wędrują na tapicerce,
Bo dziecię twierdzi, że życie jest śmietankowe wielce.
Gdzieś znowu bluzka w rosole,
Bo chciałby nakarmić narysowaną na niej "Jolę".
Już nie wspomnę o kołtunach w mych włosach,
Bo podobno dodają uroku niczym na trawie poranna rosa.
Ach! Czymże byłoby nasze proste życie?
Powiedzcie, proszę mi rodzice.
Niczym! Bo bez tego biegania,
Nie byłoby hałasowania.
Nie byłoby siniaków wielu,
Co uczą, że trzeba polegać na przyjacielu.
I nie byłoby tych łez krokodylich,
Co zapisują się w naszej życiowej chwili.
Nie spotkalibyśmy też zająca w trawie,
Co fika i nerwowo kwiatki dziabie.
Nie znaleźlibyśmy też wolnej minuty,
By prostować w zepsutej zabawce druty.
Nie byłoby nas moi mili,
Gdyż chcemy by dzieci "mamo i tato" do NAS mówili.
Nasze życie - nie wyobrażam sobie życia bez naszego Syna, codziennie budzi się rano i obdarowuje mnie uśmiechem. Szalenie szczerym, cudownym...naturalnym!
łapiemy lato!
Dziś z rana przysiadłam do maszyny, chciałabym jeszcze odrobiny słońca!! Lata!
W tym roku wyjątkowo lato było cieplutkie i fajne, czasem męczące ale lepsze to niż zima, teraz nastały szare i bure dni...
oby takich jak najmniej, aby je przepędzić uszyłam krótkie bawełniane spodenki z regulacją w pasie.
znalazłam to...co mi się podoba i odpędza mnie od tego zżeracza czasu - komputer&internet! a przy okazji Synek też ma korzyść ;)
a owoc popołudniowego przesiedzenia chwili przy maszynie:
W tym roku wyjątkowo lato było cieplutkie i fajne, czasem męczące ale lepsze to niż zima, teraz nastały szare i bure dni...
oby takich jak najmniej, aby je przepędzić uszyłam krótkie bawełniane spodenki z regulacją w pasie.
znalazłam to...co mi się podoba i odpędza mnie od tego zżeracza czasu - komputer&internet! a przy okazji Synek też ma korzyść ;)
a owoc popołudniowego przesiedzenia chwili przy maszynie:
wtorek, 13 sierpnia 2013
Odważyłam się :)
Cały czas dumałam, wypierałam się...i wręcz pragnęłam - uszyć coś.
Czasami chyba wiele mam marzy o tym aby wydziergać coś dla przyszłego dziecka albo...tego które już mamy.
Ja z tym zamiarem chodziłam, wręcz pałętałam się BARDZO DŁUGO. W końcu odważyłam się.
Stwierdziłam, że chciałabym uszyć spodnie...takie z niskim krokiem, typu baggy - bo takie mi się podobają u dzieciaczków. Ważne - byle dresowe, mięciutkie i milutkie...aaaa i kolorowe.
Miesiąc temu myślałam o materiałach ale...zrezygnowałam - w końcu tydzień temu zakupiłam kolorowe, mniej kolorowe...i bardzo milutkie.
A dzisiaj...usiadłam, tata pierwszy - coś zszył, dał mi pieluchę i zapowiedział "masz ucz się...może wyjdzie".
Usiadłam na 5 sekund - Grześ mnie ściągnął, nawinął mi na szpulkę nitkę. Odłożyliśmy ... tak więc uznałam, że nic z tego nie będzie.
O 15 stwierdziłam, że skoro pociecha poszła spać ... to zasiądę i coś spróbuję, wyjęłam zakupiony materiał - skoro nie umiem szyć to i tak się zmarnuje leżąc ... to po co ma leżeć, zmarnuję go na przeszywaniu!!!
O 18 wyszło! WYSZŁO WYSZŁO....spodnie gotowe :) jestem dumna...nie wiem jak to zrobiłam...bo nawet wycinałam na "oko" a nie z wykroju jakiego czy od linijki.
JESTEM DUMNA :D choć nie są cudem nad cudy...to jednak duma mnie rozpiera - pierwszy raz w życiu coś uszyłam na maszynie i ... w miarę wyszło.
Czasami chyba wiele mam marzy o tym aby wydziergać coś dla przyszłego dziecka albo...tego które już mamy.
Ja z tym zamiarem chodziłam, wręcz pałętałam się BARDZO DŁUGO. W końcu odważyłam się.
Stwierdziłam, że chciałabym uszyć spodnie...takie z niskim krokiem, typu baggy - bo takie mi się podobają u dzieciaczków. Ważne - byle dresowe, mięciutkie i milutkie...aaaa i kolorowe.
Miesiąc temu myślałam o materiałach ale...zrezygnowałam - w końcu tydzień temu zakupiłam kolorowe, mniej kolorowe...i bardzo milutkie.
A dzisiaj...usiadłam, tata pierwszy - coś zszył, dał mi pieluchę i zapowiedział "masz ucz się...może wyjdzie".
Usiadłam na 5 sekund - Grześ mnie ściągnął, nawinął mi na szpulkę nitkę. Odłożyliśmy ... tak więc uznałam, że nic z tego nie będzie.
O 15 stwierdziłam, że skoro pociecha poszła spać ... to zasiądę i coś spróbuję, wyjęłam zakupiony materiał - skoro nie umiem szyć to i tak się zmarnuje leżąc ... to po co ma leżeć, zmarnuję go na przeszywaniu!!!
O 18 wyszło! WYSZŁO WYSZŁO....spodnie gotowe :) jestem dumna...nie wiem jak to zrobiłam...bo nawet wycinałam na "oko" a nie z wykroju jakiego czy od linijki.
JESTEM DUMNA :D choć nie są cudem nad cudy...to jednak duma mnie rozpiera - pierwszy raz w życiu coś uszyłam na maszynie i ... w miarę wyszło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





